Był lipiec — szczyt lata — a upał zalegał nad wiejskimi drogami jak gęsta, niemal namacalna zasłona. Kurz wzbijany przez nieliczne przejeżdżające samochody nie opadał przez wiele godzin; unosił się w powietrzu jak złota mgła, drżąca w bezruchu świata.
Nawet otwarte okna starego „Moskwicza” nie dawały ulgi: do środka wpadał gorący wiatr, niosący zapach wyschniętego piołunu i spalonej słońcem koniczyny.
Dmitrij Romanowicz Veresow — silny, nieco pochylony mężczyzna o włosach wypłowiałych od słońca — ostrożnie prowadził samochód po wyboistej drodze, nieustannie omijając dziury.
Od czasu do czasu spoglądał na siedzącą obok żonę, która trzymała dłonie na dużym, wyraźnie już nisko opadniętym brzuchu, jakby go chroniła.
— Nie trzęsie za bardzo? — zapytał po raz kolejny, zwalniając przed szczególnie złym odcinkiem. — Ta droga to prawdziwa kara. Od lat obiecują asfalt do Zaoziernoje… i nic się nie zmienia.
Elena, spokojna, jasnowłosa kobieta o łagodnych szarych oczach, uśmiechnęła się zmęczonym, ale pogodnym uśmiechem.

— Jest w porządku. Przyzwyczaiłam się, Mitia. Z Romą jeszcze do ostatniego dnia chodziłam po polu za kombajnem. Teraz przynajmniej siedzę wygodnie… to prawie luksus.
— Mimo wszystko… — mruknął Dmitrij, poprawiając czapkę. — Ten upał mnie osłabia, a ty to wszystko znosisz…
Przejechali przez brzozowy zagajnik i nagle ukazała się wieś Swietłoje: rozrzucone domy nad jeziorem, srebrzysta woda, ciemna zieleń ogrodów. Elena westchnęła i pogładziła brzuch.
— Nie martw się tak, Mitia. Stara Warwara z Zalesia powiedziała mi wczoraj: „Twoja twarz rozkwita jak mak — gdy matka pięknieje, będzie dziewczynka.” Ciocia Raisa z poczty mówi to samo. Ona nigdy się nie myli.
Dmitrij dodał gazu. Od tygodni w domu mówiono tylko o córce. Po dwóch synach — Romanie i Grigoriju — Elena marzyła o dziewczynce, a ta myśl rozlała się po całej rodzinie jak cicha pewność.
— Dziewczynka nie byłaby zła… — powiedział zamyślony. — Nauczyłbym ją jeździć na rowerze…
— Chłopców też nauczyłeś.
— Z chłopcami jest inaczej… oni uczą się sami. Ale z córką… — zawahał się — z córką byłbym bardziej delikatny.
Gdy dotarli do domu, dwóch chłopców wybiegło na podwórze. Roman, jedenastoletni, już wysoki i ogorzały od słońca, oraz ośmioletni Griszka, blondyn w piegach, pełen energii.
— Tato! Co przywiozłeś?
Rzucili się do samochodu z radością. Elena weszła powoli do domu, opierając się na mężu.
Wieczorem siedzieli pod jabłonią. Jezioro było gładkie jak lustro, a pierwsze gwiazdy odbijały się w wodzie. Elena mówiła cicho o przyszłości: o córce, którą nauczy szycia, z którą będzie śpiewać stare pieśni i suszyć jabłka.
Dmitrij skinął głową: „Będzie dziewczynka.”
Ale tej nocy nie mógł zasnąć. Coś go niepokoiło — ciężkie, nieokreślone przeczucie. Trzecie dziecko oznaczało odpowiedzialność. Czasy były niepewne, praca chwiejna. Ale nic nie powiedział.
Dziewięć dni później zaczęły się skurcze. Dmitrij zawiózł ją do szpitala i czekał godzinami. W końcu wyszła położna.
— Gratulacje. Zdrowy chłopiec.
Dmitrij zastygł.
— Chłopiec?
Obraz, który zbudował w swojej wyobraźni, rozpadł się w jednej chwili.
Następnego dnia przywiózł Elenę i dziecko do domu. Była szczęśliwa, zmęczona — bez cienia rozczarowania. Chłopcu nadali imię Stiepan.
Ale w Dmitriju pozostała pustka.
Pewnej nocy nie wytrzymał:
— Może nie powinniśmy byli mieć trzeciego dziecka…
Elena usiadła.
— Co ty mówisz?
— Myślałem, że będzie dziewczynka… wszystko na to wskazywało.
— I teraz jesteś rozczarowany własnym synem?
Jej głos był spokojny, ale twardy.
Tej nocy Elena zabrała dziecko i wróciła do rodziców.
Dmitrij został sam.
Następnego dnia zaczął pracować u teścia, Afanasija Pietrowicza, starego pszczelarza — spokojnego, surowego i mądrego człowieka.
— Uczepiłeś się swoich oczekiwań — powiedział teść. — Twój syn nie jest niczemu winien.
Te słowa trafiły głębiej niż jakiekolwiek wyrzuty.
Od tego czasu Dmitrij codziennie pracował z synami przy naprawie dachu starej stodoły. Powoli coś w nim zaczęło się zmieniać. Praca była ciężka, ale uczciwa. Drewno było mierzone, dopasowywane, naprawiane. I coś w rodzinie również zaczęło się leczyć.
Elena to widziała. Niewiele mówiła, ale jej spojrzenie łagodniało.

Gdy dach został ukończony, Dmitrij powiedział tylko:
— Myliłem się.
I po raz pierwszy naprawdę wziął syna na ręce.
— Już cię nie puszczę — szepnął.
Lata minęły. Stiepan wyrósł na silnego i mądrego chłopca. Dawny ból ucichł.
Czasem pytał:
— Tato, to prawda, że mnie nie chciałeś?
Dmitrij sadzał go na kolanach.
— Kto ci to powiedział? Jesteś moim synem. Moją dumą.
I tego wieczoru opowiedział historię — nie o rozczarowaniu, lecz o tym, jak człowiek uczy się kochać to, co daje mu życie.
A w ciepłym świetle domu ta historia stała się najprawdziwsza ze wszystkich.


