— Nie plącz się pod nogami, Galino! Mamy dziś ważnych gości — warknęła Larisa i po prostu odsunęła mnie od werandy mojego własnego domu.
Poprawiła lekki szyfonowy szalik na szyi i z dumą rozejrzała się po ogrodzie.
Widok był dość osobliwy. Na tle naszej starej, porośniętej mchem jabłoni jedwabny szalik pasował do otoczenia mniej więcej tak, jak diamentowa tiara na głowie przewodniczącego kołchozu.
Oparłam się o framugę drzwi i z zaciekawieniem obserwowałam bratową.
Jeszcze w środę zadzwoniła do mojego męża, Siergieja, swojego starszego brata.
— Chcę tylko urządzić małe rodzinne spotkanie — prosiła. — Nic wielkiego. Kilka osób, trochę grilla, może parę kiełbasek. Pięćdziesiąte urodziny, wiesz…
Siergiej nie należał do ludzi, którzy żałują gościom jedzenia. Ja również nie.
Dacza przypadła mi po rodzicach. Przez dziesięć lat razem z Siergiejem doprowadzaliśmy ją do porządku. Kiedy ją dostaliśmy, ogród był niemal całkowicie zarośnięty chwastami. Teraz były tam zadbany trawnik, rabaty kwiatowe, kuty żelazny pawilon i mnóstwo róż.
Kilka lat temu Siergiej dał nawet Larisie zapasowy klucz.
— Jeśli chcesz, wpadaj czasem po jabłka — powiedział.
Jak się później okazało, Larisa potraktowała ten zwykły klucz nie jak klucz, lecz jak akt własności.
Bo „małe rodzinne spotkanie” już o ósmej rano przypominało niewielką operację wojskową.
Najpierw przez bramę przecisnęła się biała furgonetka z napisem „Elite-Catering”.
Potem druga.
Następnie przyjechała dekoratorka kwiatów.
Potem fotograf.
Później kelnerzy.
Na końcu jakiś zdenerwowany młody człowiek próbował wcisnąć ogromną kompozycję ze sztucznych orchidei między moje piwonie.
Siergiej przez kilka sekund patrzył na niego w milczeniu.
— Lepiej nie — powiedział.
Chłopak nie zrozumiał.
— Będzie bardzo elegancko.
— Nie będzie — odparł Siergiej. — Ale róże są eleganckie. Proszę to postawić za sauną.
Robotników nie przeganialiśmy. Oni tylko wykonywali otrzymane zlecenie. Larisa jednak nadal powtarzała, że wszystko jest w porządku.
— Po południu będzie gotowe, a wieczorem wszystko posprzątamy.
Siergiej spojrzał na mnie.
Powiedziałam tylko:
— Dobrze. Niech świętuje. Ale jeśli zacznie przedstawiać nasz dom jako swój albo upokarzać nas przed swoimi gośćmi, wkroczę.
Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, jak szybko okaże się to konieczne.
Przed południem przyjechał również mąż Larisy, Arkadij.
Wysiadł ze swojego ogromnego czarnego SUV-a, jakby przyjechał co najmniej odebrać kapitulację jakiegoś państwa.
Obrzucił wzrokiem nasz ogród, a potem zatrzymał spojrzenie na świeżo umytej Niwie.
— Galino, zabierz stąd ten złom!
— Tobie również dzień dobry, Arkadij.
— Za chwilę przyjadą poważni ludzie. Będzie też bankierka. Irina Leonidowna. Nie chcę, żeby pomyślała, że jesteśmy na jakimś złomowisku.
Spojrzałam na Niwę, a potem na jego terenówkę.
— Nasz samochód stoi na naszym miejscu parkingowym. A pański jeep stoi na mojej kratce odpływowej.
Arkadij spojrzał pod koła.
— Daj spokój. Nie zajmuj się tymi swoimi wiejskimi problemami!
— Kratka już się wygięła.
— Na wiosnę mówiłem ci, że powinnaś zamówić trawnik alpejski. Włoska technologia. Sam się regeneruje.
Uśmiechnęłam się.
— Arkadij, to wiechlina łąkowa z koniczyną. Siergiej ją posiał. Przez dwa lata przygotowywał odpowiednio glebę.
— Zawsze wtrącasz się do ekskluzywnego projektowania krajobrazu ze swoim kołchozowym myśleniem!
Nie odpowiedziałam.
Poszłam do kuchni.
O drugiej po południu ledwo poznawałam własną daczę.
Na werandzie grał kwartet smyczkowy.
Fotograf biegał od krzaka do krzaka.
Kelnerzy nalewali szampana.
Goście w butach na wysokich obcasach deptali trawę.
A Larisa zachowywała się jak pani jakiegoś wiejskiego pałacu.
Przez otwarte okno kuchni doskonale słyszałam jej głos.
— Tak, to nasza mała posiadłość na wsi — tłumaczyła wysokiemu, siwowłosemu mężczyźnie. — Arkadij włożył w nią mnóstwo energii. Zależało nam na rustykalnym stylu. Bez przepychu. Sama natura.
Siwowłosy mężczyzna przytaknął z aprobatą.
Prawdopodobnie był towarzyszem była Irina Leonidowna.
Wtedy Siergiej wszedł na werandę.
Miał na sobie robocze spodnie i kraciastą koszulę. Właśnie naprawił pompę przy studni.
Kiedy Larisa go zobaczyła, jej twarz zmieniła się w jednej chwili.
Podbiegła do niego.
— Siergiej! Jak ty wyglądasz?!
Mąż spojrzał na nią.
— Jak ktoś, kto jest u siebie.
— Prosiłam cię, żebyś się nie pokazywał! Idź do szopy albo za dom!
Siergiej nic nie powiedział.
— Są tu ważni ludzie! — syknęła Larisa. — Irina Leonidowna też tu jest!
— I co?
— Proszę, posiedź do tego czasu w letniej kuchni.
Szczęka Siergieja się zacisnęła.
— Jestem we własnym domu, Lariso.
Po prostu odsunął ją na bok i wszedł do środka.
Widziałam, że coś w nim pękło.
Nie duma.
Cierpliwość.
Niedługo potem Larisa wpadła do kuchni.
— Galino, pomóż kelnerom!

— Słucham?
— Przyjechało gorące jedzenie. Weź tacę.
— To ty zaprosiłaś tu pięćdziesiąt osób.
— I?
— Do naszego własnego domu.
— Jesteśmy rodziną!
— To dlaczego mam ci usługiwać?
Larisa przewróciła oczami.
— Och, nie rób problemu z każdej drobnostki! Jeśli ktoś zapyta, powiedziałam, że jesteście tylko gospodarzami.
Zamilkłam.
— Gospodarzami?
— Tak. To teraz bardzo modne.
Odwróciła się i wróciła do gości.
Wtedy wreszcie coś zrozumiałam.
Z Larisą nie było już o czym rozmawiać na osobności.
Kłamała wszystkim w oczy.
A więc wszyscy usłyszą prawdę.
Kilka minut później wyszłam na werandę.
Arkadij stał właśnie obok Iriny Leonidowny.
— Proszę spróbować tej prosciutto! — zachwycał się. — Dojrzewa trzy lata w jaskiniach Kalabrii. Sprowadzamy je specjalnym lotem czarterowym!
Spojrzałam na talerz.
— Arkadij, przed chwilą widziałam jego opakowanie.
Zastygł.
— I?
— Jest na nim napisane: „plastry suszonego mięsa”. Wyprodukowane w obwodzie moskiewskim.
Irina Leonidowna uniosła brew.
— Galina! — warknął Arkadij. — Naprawdę nie wie pani, kiedy należy milczeć!
— Powiedziałam tylko to, co widziałam.
— Pani naprawdę nadaje się tylko do grzebania w nawozie!
— W nawozie grzebię tylko wtedy, kiedy nawożę swoje róże.
Arkadij poczerwieniał.
Irina Leonidowna przestała się jednak uśmiechać.
Wtedy przyszła Tatiana Borisowna, nasza sąsiadka.
Stała przy płocie z konewką.
— Galjunya! Co to za wystawne przyjęcie? — zawołała. — Przyniosłam ci z powrotem nasiona kopru!
Larisa podbiegła do niej.
— Proszę odejść od płotu! To impreza zamknięta!
Tatiana spojrzała na nią ze zdumieniem.
— Larisa, to ty?
— Larisa Wiktorowna!
— Dobrze, Larisa Wiktorowna.
— Proszę nie psuć koncepcji imprezy!
Tatiana spojrzała na mnie.
— Galjka?
— Taniu, przyjdź później. Upiekłam ciasto.
— Dobrze.
Odeszła.
Larisa patrzyła na mnie.
A ja już się uśmiechałam.
Wieczorem wszyscy w końcu zajęli miejsca przy długich stołach.
Szampan.
Świece.
Muzyka.
Aparaty fotograficzne.
I mikrofon.
Larisa wstała.
Jej suknia błyszczała tak, jakby nie stała w podmoskiewskiej daczy, lecz na czerwonym dywanie w Cannes.
— Drodzy przyjaciele! Partnerzy! — zaczęła. — Tak bardzo się cieszę, że możemy być tutaj, w naszym przytulnym wiejskim domu!
Arkadij uśmiechał się dumnie.
— Ten dom zbudowaliśmy razem. Każdy krzew posadziliśmy własnymi rękami. Każda deska nosi ślad naszej pracy.
Goście zaczęli klaskać.
Siergiej stał obok mnie.
— Najchętniej wyrwałbym jej teraz ten mikrofon — powiedział.
— Nie rób tego.
— Dlaczego?
— Bo ja to zrobię.
Zeszłam z werandy.
Larisa właśnie miała kontynuować przemowę, kiedy podeszłam do niej i po prostu wyjęłam jej mikrofon z ręki.
Najpierw tylko patrzyła.
Potem zaczęła bezgłośnie poruszać ustami.
Muzyka ucichła.

Wszystkie oczy skierowały się na mnie.
— Dobry wieczór.
Mój głos poniósł się po całym ogrodzie.
— Ja również chciałabym wznieść toast. Ale nie za zdrowie Larisy i Arkadija.
Zrobiłam pauzę.
— Tylko za prawdziwych gospodarzy tego domu.
Spojrzałam na Siergieja.
— Za mojego męża, który własnymi rękami zbudował ten pawilon. I za mnie, bo to ja posadziłam większość róż.
Zapadła niemal namacalna cisza.
Larisa zrobiła krok do przodu.
— Galina…
Nie oddałam jej mikrofonu.
— Larisa i Arkadij są dziś tutaj takimi samymi gośćmi jak wy wszyscy.
Ktoś nerwowo westchnął.
— W środę Larisa poprosiła mnie jeszcze o zgodę na małego, rodzinnego grilla dla pięciu osób. Dziś zaprosiła pięćdziesiąt osób i przedstawia nasz dom jako swój.
Arkadij zerwał się z miejsca.
— Wystarczy!
— Nie, Arkadij. To dopiero początek.
Kilku gości spojrzało na siebie z zakłopotaniem.
— Powiem też, że kilka minut temu chciała wysłać mojego męża, swojego własnego brata, do szopy, ponieważ „źle wyglądał” przy gościach.
Siergiej stał w milczeniu na werandzie.
— A mnie nazwała gospodynią.
Twarz Larisy pobladła.
— Kłamiesz!
— W takim razie wyjaśnijmy to.
Skierowałam mikrofon w stronę Maksyma Olegowicza.
— Kto zamówił tę imprezę?
Przedstawiciel firmy cateringowej odchrząknął.
— Larisa Wiktorowna.
— Kto zapłacił zaliczkę?
— Larisa Wiktorowna.
— A kto ma zapłacić pozostałą kwotę?
Maksym Olegowicz spojrzał na Arkadija.
— Zamawiający.
W ogrodzie zapadła dziwna, napięta cisza.
Odwróciłam się do Larisy.
— Czyli ani Siergiej, ani ja nie jesteśmy nikomu nic winni.
Arkadij poczerwieniał.
— Niszczy pani nasz kontrakt!
— Nie. To twoje kłamstwo go niszczy.
Wtedy Irina Leonidowna powoli wstała.
Postawiła kieliszek na stole.
— Arkadij Pietrowicz — powiedziała cicho. — Na spotkaniu biznesowym potrafię wiele znieść.
Arkadij zamarł.
— Ale jednej rzeczy nie toleruję.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Kłamstwa.
Mężczyzna próbował jej przerwać.
— Irino Leonidowno, źle pani zrozumiała…
— Nie. Zrozumiałam dokładnie.
Kobieta spojrzała na Larisę.
— Przywieźliście mnie do domu, który do was nie należy. A prawdziwych właścicieli przedstawiliście jako gospodarzy.
Poprawiła torebkę.
— Jeśli ktoś tak łatwo oszukuje nawet własną rodzinę, tylko po to, żeby wydawać się kimś ważniejszym, niż jest w rzeczywistości, nie chcę z nim prowadzić interesów.
Usta Larisy rozchyliły się ze zdumienia.
Irina już odchodziła.
Przy drzwiach jeszcze się odwróciła.
— A tak przy okazji, prosciutto rzeczywiście smakowało jak plastik.
Wyszła.
Po niej wyszło jeszcze kilku gości.
Przyjęcie rozpadło się w ciągu kilku minut.
Pracownicy cateringu zaczęli rozbierać stoły.
Arkadij, wściekły, przelał należne pieniądze.
Larisa płakała.
— Zniszczyliście mi życie!
Siergiej podszedł do niej.
— Nie.

Larisa podniosła wzrok.
— Sama je zniszczyłaś.
Głos mojego męża był cichy, ale wszyscy go usłyszeli.
— To jest nasz dom. A ty przyszłaś tutaj, jakby był twój.
Wyjął zapasowy klucz.
— Tego już więcej nie użyjesz.
Larisa nawet się nie poruszyła.
— Siergiej…
— Zabieraj swoje rzeczy.
— Ale jestem twoją siostrą!
— Właśnie dlatego to boli.
Zrobił pauzę.
— Więcej tu nie przychodź.
Tydzień później Arkadij zapłacił również za naprawę zniszczonego trawnika i systemu odpływowego.
Ślady opon były zbyt wyraźne, żeby mógł się spierać.
Jednak przez kilka dni ogród nadal przypominał o przyjęciu.
Podeptana trawa.
Papierowa serwetka pod krzakiem.
Rozbita szklanka obok pawilonu.
Aż pewnego wieczoru wreszcie wszystko ucichło.
Zapach piwonii znów wypełnił ogród.
Tatiana Borisowna pojawiła się przy płocie z talerzem ciasta.
— No, Galjka — powiedziała. — Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. A przecież przez trzydzieści lat pracowałam w szkole.
Roześmiałam się.
— Potraktuj to jako szkolenie.
Tatiana podała Siergiejowi kawałek ciasta.
— Kiedy naprawicie tę waszą wiechlinę?
Siergiej spojrzał na podeptany trawnik.
— Jutro.
Potem spojrzał na mnie.
— Posiejemy od nowa.
— Naszą?
— Naszą.
Uśmiechnęłam się.
Siergiej objął mnie ramieniem.
Słońce właśnie zachodziło za drzewami.
— Wiesz, Galina — powiedział — ta trawa jest silniejsza, niż im się wydaje.
— Tak jak my.
Skinął głową.
Potem ugryzł kawałek ciasta.
— I przynajmniej to naprawdę jest domowe.
Roześmiałam się.
W ogrodzie nie było już gości.
Nie grała muzyka.
Nie błyskały aparaty.
Nie było szampana.
Tylko my dwoje staliśmy przed naszym własnym domem.
I wtedy coś zrozumiałam.
Dom nie staje się wartościowy dlatego, że potrafimy pokazać go innym jako luksusowe miejsce.
Jest wartościowy dlatego, że kiedy wszyscy odejdą, nadal dobrze jest w nim zostać.
I chyba dlatego przestałam już być zła na Larisę.
Bo w ciągu jednego wieczoru zrobiła wszystko, żeby nasz dom wyglądał jak pałac.
A my następnego ranka po prostu odzyskaliśmy go na nowo.
Róże znów zakwitły.
Trawa znów się zazieleniła.
Pod pawilonem znów parowały dwie kubki herbaty.
A za bramą wreszcie nie musieliśmy nikomu udowadniać, że to nasz dom.
Bo człowiek, który naprawdę czuje się gdzieś u siebie, nie potrzebuje gości, oklasków ani głośnych toastów.
Wystarczy, że zamknie za sobą bramę, rozejrzy się i cicho powie:
— Jestem w domu.
A kiedy zapaliliśmy światło na werandzie, spomiędzy krzaków wybiegła cała armia karaluchów.
Siergiej spojrzał na mnie.
— Widzisz? Nawet one wiedzą, kiedy skończyła się impreza.
I pierwszy raz od wielu tygodni śmialiśmy się tak, że nie musieliśmy przy tym myśleć o nikim innym.


