W przedpokoju unosił się ciężki zapach sauny i zaległego alkoholu — ten kwaśny dym, który wnika w kurtki, dywany i dusze po męskich wieczorach. Vadim wrócił jako zwycięzca.Wciąż klęczałam przy butach, wycierając błoto, gdy pochylił się nade mną, nie zrzucając nawet ubrania.
— Olja. Musimy porozmawiać. Otwarcie. Szczerze.Podniosłam się. W jego rękach nie było chleba ani mandarynek, o które go prosiłam. Tylko telefon. I to napompowane poczucie moralnej wyższości.— No to mów, — powiedziałam spokojnie i poszłam do kuchni umyć ręce.
Poszedł za mną, tupiąc po mieszkaniu, nie zdejmując butów. Stanął w framudze drzwi, ramiona skrzyżowane — niczym Napoleon przed decydującą bitwą.— Liczyłem na chłopaków. Krótko mówiąc: siedzisz mi na garnuszku.Woda pluskała, ale każde słowo trafiało jasno i wyraźnie.
Zakręciłam kran, powoli wycierałam ręce i spojrzałam na niego.— Ciekawe. A skąd taki wniosek?— Matematyka, Olja. Całkiem prosto. — Wskazał palcem w powietrze. — Kto płaci hipotekę? Ja. Samochód? Ja. Twoja pensja? Ubrania. Bzdura. Przeliczyłem — utrzymuję cię całkowicie.
Przyjrzałam się mu. Początek łysiny. Brzuch pod swetrem, który podarowałam mu ostatniego Sylwestra — drogi, swoją drogą. Dziesięć lat małżeństwa. Dziesięć lat, w których prowadziłam dom tak, by mógł się czuć żywicielem, nawet gdy lodówka była prawie pusta.
— I jaka jest twoja propozycja? — zapytałam zimno.— Rozstanie. Całkowite. — Uśmiechnął się triumfalnie. — Wysysasz ze mnie życie. Więc zajmij się sobą. Media po połowie. Jedzenie — każdy dla siebie. Nigdy nie podpisałem się pod tym, że cię utrzymuję.— Dobrze.

To słowo zaskoczyło go.— Jak to?— Zgadzam się. Od teraz każdy dla siebie.Otworzyłam lodówkę, wzięłam taśmę malarską — z pokoju dziecięcego, którego nigdy nie wyremontowaliśmy — i narysowałam grubą linię przez wszystkie półki.
— Po prawej twoje. Po lewej moje. Nie myl.Vadim zadowolony parsknął. Najwyraźniej udało mu się postawić „pasożyta” na kolanach.— No proszę. W końcu. Przynajmniej zaoszczędzę na prawdziwą łódź.W pierwszym tygodniu paradował jak kogut. Kupił tanie kiełbaski, biały chleb, keczup.
Żuł głośno i demonstracyjnie.
— Widzisz? Dwieście rubli za kolację. A ty zawsze ze swoimi „warzywami”, „mięsem”. Rozrzutna.
Milczałam. Jadłam pieczoną pstrąga ze szparagami. Cytryna, rozmaryn — zapach wypełniał kuchnię i zagłuszał jego chemiczny keczup. Vadim zerknął na mój talerz, przełknął i nic nie powiedział. Dumni źle gotują.Po dwóch tygodniach nadszedł codzienny rytm.
— Olja, skończył mi się proszek do prania. Daj mi trochę swojego.— Mamy osobne budżety. Mój proszek jest do delikatnych tkanin. Drogi.— Za drogi dla ciebie?!— Nie drogi. Sprawiedliwy. Sam tego chciałeś.Trzasnął drzwiami łazienki. Wieczorem widziałam, jak szoruje kołnierz koszuli mydłem w kostce.
Szaro. Staro. Kiedyś dbałam, by wyglądał schludnie — jego pozycja tego wymagała. Teraz wyglądał jak mężczyzna z problemami. W naszym mieście szybko to widać.Potem nadszedł sobota. Sześćdziesiąte urodziny mojej teściowej. Święta data.
Zazwyczaj zaczynałam tydzień wcześniej: menu, cielęcina od zaufanego rzeźnika, kawior, trzy rodzaje ciast — „Tamara Igoriewna nie je nic kupionego”.W środę Vadim zapytał mimochodem:— Masz już menu?— Ja? — Spojrzałam na niego. — Vadim, mamy oddzielne wyżywienie. Twoja mama, twoi goście.

Bledł.— To jubileusz!— Więc zorganizuj. Za swoje pieniądze.— Nie mogę! Pracuję!— Ja też. Więc sobie poradzisz.W sobotę rano byłam u fryzjera. Potem w kawiarni. Kawa, rogalik, spokój.Kiedy wróciłam, mieszkanie pachniało paniką i spalonymi cebulami. Na stole: plastikowe pojemniki,
sucha kiełbasa, kurczak z grilla, który wyglądał, jakby umarł jeszcze przed pieczeniem.— Mówisz poważnie? — zapytałam.— Pomóż mi! Proszę! Chociaż połóż to na talerzach!— Miski są na górze. Twoje.Dzwonek.Tamara Igoriewna weszła jak królowa. Fryzura, perfumy, sukienka z lureksu.
Goście za nią — zamarli.— Co… to jest? — brwi powędrowały w stronę peruki.— Sałatki… kurczak… — mamrotał Vadim.— Z plastiku? — warknęła ciotka Ljudmiła. — Olja, jesteście chorzy?Wszyscy spojrzeli na mnie. Siedziałam spokojnie, elegancka, z magazynem w ręku.
— Mamy teraz nowy model. Europejski. Osobne finanse.Cisza.— Vadik? — spytała matka lodowato.Położyłam liczby na stole. Jasne. Gołe. Niepodważalne.— Ja cię zabawiałam, Vadim. Karmiłam cię. Ubierałam. Udawałam mężczyznę.Wstyd ciążył ciężej niż zapach kurczaka.
— Wstyd, — powiedziała cicho. — Chodźmy. Idziemy.Gdy drzwi się zamknęły, został tylko on. I porażka.— Zadowolony? — skrzeczał.— Sam się zdemaskowałeś. Ja tylko zrobiłam krok w bok.Spakowałam walizkę.— Dziesięć lat, Olja!— Tak. Aż zacząłeś liczyć moje kęsy.
Poszłam. Powietrze na zewnątrz było chłodne. Wolne.Po raz pierwszy od lat jechałam sama — i nie musiałam już przepraszać za swoje istnienie.


