— Marina, musimy naprawdę zoptymalizować wydatki. Spójrz, wszystko policzyłem w Excelu…Kirill stuknął palcem w ekran laptopa, jakby same liczby miały stać się przez to bardziej przekonujące.
— Te liczby się nie zgadzają. Włożyłam patelnię do zlewu i odkręciłam kran. Szum wody trochę zagłuszył jego głos, ale sens dotarł do mnie bez problemu.
Kirill siedział przy kuchennym stole z miną dyrektora finansowego międzynarodowej korporacji — chociaż w rzeczywistości „tylko” kierował działem logistyki, a w domu głównie zarządzał kanapą.
— Co dokładnie się nie zgadza? — zapytałam, wycierając ręce.— Twoje wydatki. — Odwrócił laptopa w moją stronę. — Spójrz: chemia gospodarcza — trzy tysiące.
Jedzenie — dwadzieścia pięć. I jeszcze jakaś niejasna pozycja „kosmetyki”. Marina, my zjadamy moje marzenie. Znalazłem świetną ofertę — używany japoński SUV. Bestia. Jeśli teraz zaciśniemy pasa, za pół roku wezmę kredyt i będę miał wkład własny.
Usiadłam naprzeciwko niego.— Zaciskanie pasa to znaczy co dokładnie? — zapytałam spokojnie. — Nie kupujemy proszku do prania i żyjemy na makaronie?
— Nie dramatyzuj. — Wyprostował się, wyraźnie zadowolony z roli. — Potrzebujemy kontroli. Dlatego podjąłem decyzję: dość rozrzucania moich pieniędzy.
Od przyszłego miesiąca — oddzielne budżety. Opłaty po połowie. Każdy sam się żywi, ubiera i zapewnia sobie rozrywkę. Moja pensja to podstawa — oszczędzam na samochód. Twoja… no cóż, na kobiece rzeczy i twoje utrzymanie.

Mrugnęłam. Raz. Potem drugi.Czy on naprawdę właśnie to powiedział?— Chwileczkę… — powiedziałam powoli. — Czyli ty oszczędzasz na samochód, a ja po prostu… żyję za swoje pieniądze? A kto gotuje? Kto sprząta mieszkanie?
— Ty. — Uśmiechnął się protekcjonalnie. — To masz w standardzie. Poza tym, jeśli gotujesz tylko dla siebie, nie zajmuje to dużo czasu.
W tym momencie coś we mnie kliknęło.Bez złości. Bez łez. Tylko chłodny, krystaliczny spokój.— Świetnie — powiedziałam. — Oddzielnie, to oddzielnie. Od jutra.
Kirill mrugnął zaskoczony. Spodziewał się kłótni. Płaczu. Błagania. Zamiast tego — pełna zgoda.— Widzisz? Grzeczna dziewczynka — kiwnął głową z zadowoleniem.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było podzielenie lodówki. Górna półka — jego. Dolna — moja. To samo zrobiłam w łazience, rysując niewidzialną, ale wyraźną granicę na półce.
Kirill był zachwycony. W sobotę wrócił z dyskontu z dwiema ogromnymi torbami, jak z łupem wojennym. Wyłożył zawartość na stół: szary makaron niewiadomego pochodzenia, bezimienne mrożone kotlety, kawałek różowej, sztucznej kiełbasy i worek ziemniaków.
— Widzisz? — pomachał paragonem. — Dwa tysiące. Wystarczy na dwa tygodnie. A ty ile wydajesz? No właśnie.Wieczorem kuchnię wypełnił zapach przypalonego tłuszczu i taniej cebuli. Kotlety syczały na patelni, kurcząc się do smutnych, twardych krążków.
Weszłam później. Usmażyłam steki z indyka, zrobiłam świeżą sałatkę z awokado i usiadłam naprzeciwko niego.Żuł gumowaty kotlet.
— Smaczne? — zapytałam.— Ujdzie. Męskie jedzenie. Syci. — Zerknął na mój talerz. — Dostałaś premię?— Nie. — Odpowiedziałam spokojnie. — To mój budżet, Kirill. Nie oszczędzam na samochód.
Trzy dni później skończył mu się szampon. Wyciągnął rękę po mój — ale byłam szybsza.— To mój. Profesjonalny. Twój jest w sklepie. „Trzy w jednym”.

— Serio? — spojrzał na mnie. — Będziemy się kłócić o kroplę szamponu?— Nie kłócimy się. Trzymamy się zasad. Tydzień później przyjechała jego matka.
Zinaida Pawłowna uważała niedzielne wizyty za święty obowiązek. Zastawiony stół. Kotlety „dla synka”.Tym razem przyjęłam ją w szlafroku, z płatkami pod oczami.
— Dlaczego tu tak cicho? — zapytała. — Gdzie obiad?— Model europejski — odpowiedziałam spokojnie. — Oddzielne budżety. Ja jadłam z koleżanką. Kirill ugotuje sobie sam.
— PIEROGI—CO?!Dramat był idealny.Gdy wyszła, Kirill spojrzał na mnie blady.— Jesteś szczęśliwa? Moja matka prawie zemdlała.
— Nie ja — odpowiedziałam. — Ty.Pod koniec miesiąca był cieniem samego siebie. Bóle żołądka. Wysypki. Ciągłe zmęczenie.
Ja promieniałam.Pewnej nocy obudził mnie hałas. Stał przy lodówce i kroił mój ser.— Smacznego — powiedziałam.
Załamał się.— Byłem głupi. Nie rozumiałem, na co wydajesz te pieniądze.— Nauczyłeś się.Wróciliśmy do wspólnego budżetu. Z nowymi zasadami.
Teraz w soboty to on smaży steki. Nie zawsze dobrze. Czasem są suche. Ale wiem, ile kosztują.I to jest ich prawdziwa wartość.


