Sergej stał na środku salonu, z obrzydzeniem przyglądając się małej plamce na rękawie swojego drogiego kaszmirowego swetra. Ostry zapach jego perfum wisiał ciężko w powietrzu — dominujący, pewny siebie, z ciężkimi nutami drzewa sandałowego, które niemal dusiły pomieszczenie.
— Sieroża, to są moi rodzice — powiedziała cicho Irina, z trudem utrzymując spokój w głosie. — Doszło do zwarcia w starym domu. Cała instalacja elektryczna spłonęła. Ściany są czarne od sadzy, a część dachu się zawaliła. Nie mają gdzie się podziać… tylko do nas.
Sergej skrzywił się, jakby zaproponowała mu coś nieprzyzwoitego.
— Mamy dwupokojowe mieszkanie, Ira. Mój gabinet to moja przestrzeń. Tam tworzę strategie, pracuję nad inwestycjami. Nie mogę się skupić, jeśli w kuchni będą brzęczeć garnki, a w korytarzu będzie pachniało lekami.
Nerwowo podszedł do okna, szarpnął firankę i zaczął stukać palcami w szybę. Na zewnątrz zimny jesienny deszcz spływał po latarniach.
Irina patrzyła na jego plecy i ledwo poznawała człowieka, z którym spędziła dziewięć lat życia. Wiedziała już dawno, że jego „inwestycje” to tylko iluzje — finansowane przez nią. Przez jej niekończące się dni pracy jako architektka konserwacji, przez nadgodziny, zmęczenie i wysiłek.
— To tylko na jakiś czas — powiedziała cicho. — Dopóki nie znajdziemy rozwiązania.
Odwrócił się gwałtownie. W jego oczach nie było ani odrobiny współczucia.
— Rozwiązania? Za jakie pieniądze? — jego głos stał się ostry. — Znowu z twojej pensji? A co z moim projektem? Obiecałaś w tym miesiącu sto tysięcy rubli na mój nowy serwis! Jeśli twoi starzy tu zamieszkają, mogę zapomnieć o przyszłości!
Trzasnął drzwiami sypialni tak mocno, że obrazy na ścianie zadrżały.
Irina stała nieruchomo. W środku rozlała się lodowata pustka. Nie nagle — raczej jak powolne pękanie czegoś, co od dawna było już uszkodzone.
Zaledwie trzy dni wcześniej siedziała w kancelarii notarialnej. Starszy mężczyzna podał jej dokumenty w milczeniu.
Jej prababka Klaudia zmarła.
Surowa, zamknięta w sobie kobieta, mieszkająca samotnie w Karelii — i niewiarygodnie bogata.
Zapisała Irinie ogromny stary dom nad jeziorem oraz konta bankowe z kwotami, od których zakręciło jej się w głowie.
Wtedy chciała natychmiast pobiec do domu i wszystko powiedzieć Sergejowi. Ale po drodze wstąpiła do przyjaciółki Wery.
Wera wysłuchała jej uważnie, mieszając powoli herbatę, po czym powiedziała:
— Nie mów mu od razu.

Irina zdziwiona uniosła brwi.
— Jak to? Przecież to mój mąż.
— Właśnie dlatego — spojrzała na nią poważnie Wera. — Pieniądze najszybciej pokazują prawdziwy charakter człowieka. Powiedz mu, że stało się coś strasznego. Że twoi rodzice stracili wszystko i potrzebują pomocy. Wtedy zobaczysz, czy kocha ciebie — czy życie, które mu finansujesz.
Irina miała wątpliwości. Ale teraz, słuchając trzaskania szafek w sypialni, zrozumiała, że Wera miała rację.
Dziesięć minut później Sergej wyszedł do przedpokoju z dużą walizką. Tą samą, z którą jechali do Włoch — wyjazd także opłacony przez Irinę.
— Na razie zamieszkam u Stasa — powiedział chłodno, nie patrząc na nią. — Zadzwoń, kiedy twoi rodzice będą gdzieś ulokowani. W sanatorium albo u jakiejś rodziny na wsi.
— Oni nie mają nikogo — wyszeptała Irina.
Uśmiechnął się krzywo.
— Coś wymyślisz. Zawsze jesteś tą silną.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Mieszkanie pogrążyło się w ciszy. Słychać było tylko deszcz i tykanie zegara.
Irina spojrzała w lustro.
Patrzyła na nią blada, zmęczona kobieta.
„Lepiej teraz niż za dziesięć lat” — pomyślała.
Wieczorem zadzwoniła do rodziców. Oczywiście byli cali i zdrowi, pili herbatę.
— Mamo, jadę na miesiąc do Karelii — powiedziała spokojnie. — Muszę zająć się spadkiem po Klaudii.
Podróż trwała cały dzień. Gdy droga zmieniła się w leśną ścieżkę, między świerkami pojawiło się jezioro.
Leżało ciężkie, ołowiane, pod niskim niebem, ogromne i ciche jak pradawna istota.
Dom stał na skraju skalistego wzgórza.
Wielki. Ciemny. Zbudowany z postarzałego drewna, z rzeźbionymi oknami i żelaznym wiatrowskazem na dachu.
Wyglądał jak stary wojownik, który przetrwał wiatr, śnieg i samotność.
Gdy Irina otworzyła ciężkie drzwi, uderzył ją zapach suchego drewna, ziół i kurzu.
Dziwnie znajomy.

Wieczorem ktoś zapukał.
W drzwiach stała starsza kobieta w ciepłej chustce.
— Ty musisz być Irina — powiedziała życzliwie. — Jestem Zojka, sąsiadka. Klaudia prosiła, żebym dopilnowała domu.
Następnego dnia pojawił się Oleg.
Wysoki, barczysty, z pogodną, zmęczoną twarzą i spokojnymi szarymi oczami.
Mówił niewiele. Naprawił zawiasy, sprawdził instalację i pokazał jej, jak rozpalać piec, żeby dym nie wracał do środka.
Jego głos był niski i spokojny jak ciepły miód.
Po raz pierwszy od lat Irina nie musiała się o nikogo troszczyć.
Dni płynęły powoli.
Rano pracowała. Po południu chodziła nad jeziorem.
Oleg przynosił drewno albo ryby.
Wieczorami pili herbatę na werandzie.
Pewnego dnia znalazła szczeniaka.
Czarnego z białą plamką na piersi.
— Od mojej Naidy — wyjaśnił Oleg. — Klaudia zawsze chciała szczeniaka. Teraz jest twój.
Nazwali go Buran.
Jego obecność wypełniła dom ciepłem.
I coś w Irinie zaczęło się uspokajać.
Miesiąc później zadzwonił Sergej.
— Ira, przemyślałem wszystko… — zaczął łagodnie. — Jesteśmy dorośli. Przepraszam. Tęsknię. Jak twoi rodzice?
— Są bezpieczni — odpowiedziała.
— Świetnie. Przyjadę jutro. Inwestorzy są zainteresowani. Musimy porozmawiać o pieniądzach.
— Nie przyjeżdżaj. Biorę rozwód.
— Nie wygłupiaj się. Z czego będziesz żyć?
Rozłączył się.
Następnego dnia przyjechał.
— To majątek! — powiedział podekscytowany. — Sprzedamy to, zainwestujemy!
Irina stanęła przed nim.
— To była próba. I uciekłeś.
— Nieprawda!
— To była prawda.
Wtedy wybuchł.
— Wszystko jest moje!
W tym momencie Oleg wyszedł z domu z siekierą.
Sergej zamilkł.
I odjechał.
Zniknął.
Irina odetchnęła.
— Dziękuję — powiedziała.
— Zjemy kolację — odpowiedział Oleg.
Zima przyszła szybko.
Dom stał cichy w śniegu.
Irina napisała do Wery:
„Jestem w domu. Naprawdę w domu.”
Oleg wszedł, otrzepując śnieg z ramion.
— Jutro jedziemy do twoich rodziców — powiedział.
Irina uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego ręce.
Na zewnątrz padał śnieg.
A przyszłość po raz pierwszy nie budziła strachu.


